– Mówię to ze smutkiem, ale możliwe, że to, co obserwujemy dziś, to tylko powrót do normalności – powiedział mi Amos Oz w telefonicznym wywiadzie. Był kwiecień, rok 2016, miesiąc później Oz skończył 77 lat.
Oz nie był trudnym rozmówcą. Przeciwnie – był otwarty i zaciekawiony punktem widzenia osoby, po której głosie bez wątpienia musiał wyczuć dzielące nas dekady. Ja z kolei, dobrze to pamiętam, czułam się spięta wizją potencjalnej intelektualnej porażki w spotkaniu z takim gigantem – tych lęków szczęśliwie wyzbyłam się w kolejnych latach.
Ale wracając do początku 2016 roku, gdy Ameryka nie śniła jeszcze o prezydenturze Trumpa (no może co bardziej przenikliwi mieli już koszmary…), Erdogan był prezydentem w Turcji od niespełna dwóch lat, Orban na Węgrzech dopiero zaczynał przykręcanie autorytarnego kurka, w Polsce zaś prawo aborcyjne nie było idealne, ale nie było też takie, jak w Arabii Saudyjskiej, Pakistanie, Angolii i Botswanie.
*

Amos Oz, jak wielu artystów o ogromnej wrażliwości polityczno-społecznej, już wtedy obserwował, że mroczne i samolubne żądze zaczęły wychodzić w społeczeństwach na wierzch.
Że w odróżnieniu od powojennych lat względnej tolerancji i relatywnej niechęci do szowinizmu, weszliśmy w nową fazę. Ludzie przestawiali się wstydzić nietolerancji, rasizmu, mizoginii. Nie widzieli nagle nic zdrożnego w wyrażaniu opinii, że miejsce kobiety jest w kuchni, że gdyby uchodźcy naprawdę myśleli o swoich dzieciach, nigdy nie zabraliby ich w morderczą podróż z ogarniętego wojną kraju.
W wielu miejscach świata polityka stawała się przedłużeniem przemysłu rozrywkowego, a masowe media niczym więcej niż sumą tzw. zasięgów. – Wcześniej ludzie pamiętali horror czasów Hitlera i Stalina, i robili wszystko, żeby tego nie powtarzać – mówił Oz. – Teraz, obawiam się, ten bardzo szczególny dar przedawnił się i wygasł.
Izraelski pisarz nie patrzył jednak na to wszystko z pozycji kontestatora, lecz z perspektywy niemal ośmiu dekad życia człowieka, który był niemowlęciem, gdy wybuchła II wojna światowa. W jego pamięci wciąż żywy był konflikt kubański między Związkiem Radzieckim a Stanami Zjednoczonymi, kiedy świat stał w gotowości na nuklearny kataklizm. Pamiętał wojnę w Wietnamie, tragedie w południowej Afryce, poprzednie wojny na Bliskim Wschodzie. Po prostu uczulał mnie, że jako społeczeństwo byliśmy na skraju katastrofy niezliczoną ilość razy, więc czemu uznajemy, że spokój miałby być nam dany na dłużej albo raz na zawsze?
**
I tu przechodzę do puenty. Słowo normalność powracało w dobiegającej końca kampanii parlamentarnej jak mantra. „Przywróćmy normalność”, „jeszcze będzie normalnie”. Tak jakby to, co obserwowaliśmy przez ostatnie osiem lat, to była tylko aberracja, przystanek na drodze Polski do stania się szczęśliwą, dojrzałą demokracją, z ciepłą wodą w kranie. Czy to nie jest utopia? Myślenie równie piękne, co dobrożyczeniowe? Czy 15 października, a właściwie 16 października, gdy zostaną (oby bez łamania prawa) policzone głosy oddane w wyborach parlamentarnych, faktycznie nastąpi cezura?
A może ona już się wydarzyła? W ostatnim półroczu dwukrotnie udało się wyjść na ulice blisko milionowym protestacjom obywateli, którzy w ten sposób wyrażali swój sprzeciwiw wobec autorytarnym zapędom nieuczciwej władzy ich państwa.
Oz powiedział mi w tamtej rozmowie sprzed siedmiu lat jeszcze jedną istotną rzecz. Otóż, parafrazując słynne słowa angielskiego poety Johna Donne: „Człowiek nie jest samotną wyspą”, izraelski pisarz porównał nas do półwyspów. W połowie połączonych ze stałym lądem: rodziną, społeczeństwem, ojczyzną. Druga połowa powinna być zostawiona w spokoju, swobodna, powinna indywidualnie się rozwijać.
Oz kończył ten wywód dodając, że należy być czujnym na reżimy, które chcą, żeby jednostka nie była niczym więcej niż cząstką kontynentu czy narodu, ale też czujnym na reżimy, które chciałyby, żebyśmy wszyscy stali się samotnymi wyspami.
Innymi słowy: musimy maszerować dalej niezależnie od tego, kto wygra. Demokracja, prawa człowieka, prawa kobiet nie są czymś, co zostało nam dane raz na zawsze.
No Comment! Be the first one.